• Wpisów:16
  • Średnio co: 91 dni
  • Ostatni wpis:353 dni temu
  • Licznik odwiedzin:1 865 / 1556 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Zapraszam na opowiadanie o Justinie Bieberze!
1. Tytuł: Mr. Bieber - tłumaczenie
2. Autor: BieberIsTyping,
Tłumaczki: Lady Lorence, LenaReevens
3. Gatunek: #romans #fanfiction
4. Szesnastoletnia dziewczyna, Sofia, stara się zaprzyjaźniać i cieszyć życiem, ale jest jej bardzo ciężko, ze względu na częste przeprowadzki rodziny. Tego roku, zamiast być jak inni, nie stara się o przyjaciół. Odcina się od ludzi w swoim wieku, kiedy odkrywa, że zakochuje się w swoim nauczycielu. Panu Bieberze.
5. Link:
https://www.wattpad.com/story/99806097-mr-bieber-t%C5%82umaczenie
 

 
Zastanawiam się, kiedy w moim życiu coś się zmieniło. Próbuję przypomnieć sobie ten moment. Szukam w pamięci tego punktu, kiedy wszystko zaczęło iść dobrze.
Nie pamiętam. Nie zwróciłam na to uwagi. To stało się samoczynnie i płynnie. Pewnego dnia zdałam sobie po prostu sprawę, że mimo wszystko jestem szczęśliwa. Inaczej spojrzałam na to wszystko co już wcześniej miałam. Kosztowało mnie to dużo czasu i wysiłku, ale nauczyłam się doceniać to co mam, bo przecież mam tak naprawdę wszystko czego mi potrzeba. Mam rodzinę, może i nie idealną, ale zapewniającą poczucie przynależności i bezpieczeństwa. Mam swoje cztery ściany, może i skromne, ale tylko moje, pozwalające mi odciąć się od świata i wyciszyć. Mam przyjaciół, niewielu, ale prawdziwych i wiernych. Mam dwie nogi aby móc przemierzać świat oraz podążać swoimi drogami, dwoje oczu aby podziwiać te wszystkie piękne rzeczy, które spotkam na swojej drodze. I chyba najważniejsze - mam miłość. Na każdy dzień, na każdy problem i złe chwile. Mam wszystko. I choć wcale nie mówię, że moje życie jest usłane różami i idealne, to czuję się szczęśliwa. Tak po prostu. Mimo problemów, mimo trudności,mimo presji, mimo braku czasu i masy nauki.
W którymś momencie mojego życia coś się zmieniło. Nie mam pojęcia kiedy, ale z perspektywy czasu to widzę. Choć zdarza mi się nad sobą poużalać, to staram się być pozytywna, dostrzegać plusy. Dla kogoś to o czym piszę może wydawać się oczywiste. Jednak dla mnie jest to moim małym/wielkim osiągnięciem. Dążyłam do tego przez wiele lat zmagania się z samą sobą i swoimi demonami. W końcu udało mi się osiągnąć to zwyczajne poczucie szczęścia oraz dostrzec i zrozumieć, że życie, którym żyję wcale nie jest takie beznadziejna, że może być nawet wspaniałe.
 

 
Jest czas kiedy nie mam na nic siły, kiedy wolałabym się nie obudzić, spać dalej. Czas kiedy zwyczajnie nie chce mi się żyć ani w ogóle istnieć. Każdego kiedyś coś takiego łapie. Ale jest też czas kiedy jest dobrze, kiedy staram się walczyć, kiedy budzę się z uśmiechem, mimo iż wiem, że nadchodzący dzień nie będzie najlepszy. Czas kiedy staram się być szczęśliwa, kiedy jestem szczęśliwa i głęboko wierzę w siebie, mam nadzieję. Czas kiedy po deszczu wychodzi słońce. Jestem pewna, że każdy przeżywa pogodę i niepogodę w swojej duszy. I wiem, że to zupełnie zwyczajne i ludzkie mieć dość całego świata, być wkurzonym na siebie i innych czy śmiać się przez łzy. Człowieczeństwo to między innymi zdolność do odczuwania wszystkich uczuć - miłości, współczucia, tęsknoty, szczęścia jak i nienawiści, złości, zazdrości czy smutku. Jako ludzie mamy prawo do odczuwania wszystkich emocji, ale jako ludzie musimy też umieć nad nimi panować. Tak żebyśmy to my definiowali swoje uczucia i emocje, nie one nas.
Choć każdy dzień jest dla mnie wyzwaniem i przyznaję, że ostatnio ie potrafię zacząć dnia bez choć jednej pesymistycznej myśli, to w gruncie rzeczy jestem szczęśliwa. Tak, jest wiele spraw, z którymi może nie do końca daję sobie radę, ale jestem szczęśliwa. Wiem, że mam to szczęście, bo mogę kochać równocześnie będąc kochana. Nie ma chyba piękniejszego uczucia niż taka głęboka świadomość, niepodważalna prawda, po prostu pewność, że ktoś mnie kocha, tak szczerze i prawdziwie. Za to, że jestem sobą i jestem niezastąpiona. Coś takiego jednak daje ogromną mobilizację, powód by jednak chcieć więcej niż tylko istnieć.
Mimo i pomimo jestem szczęśliwa. Myślę, że to właśnie moje własne pięć minut szczęścia. Tylko ja mogę sprawić aby trwało nawet dłużej.
 

 
Czasami głęboko zastanawiam się jakie tak naprawdę są Jego intencje. Czy naprawdę jest tak jak uważa? Że tak bardzo mnie kocha, że jestem najważniejsza. Zastanawiam się z czego to wynika? Na jakiej podstawie tak myśli? Dlatego, że wywołuje uśmiech na jego twarzy, że jest po prostu szczęśliwy; dlatego, że uwielbia mnie za to kim jestem i jaka jestem? Czy raczej dlatego, że go zwyczajnie kręcę, że chciałby się na mnie rozładować i jedynie sprawić sobie przyjemność? Faktycznie dziwne, jak w ogóle mogę mieć takie dylematy w stosunku do Niego? Jednak jego oschłość i chłodność czasem mnie rani, jest mi przykro.
On widzi to inaczej. Inaczej widzi związek. Ja uważam za nieodpowiednie zwracanie się do swojej dziewczyny ''dupa'' czy ''zajebista'' - dla Niego jest to jak najbardziej w porządku. Ja jestem wrażliwa, delikatna - Jego to drażni, wolałby gdybym była ''ostra''.
Czasami zastanawiam się jak udaje nam się wciąż tworzyć związek pomimo tak odmiennych poglądów. Różni nas to co nie powinno. Zastanawiam się czy mimo tego, że nie zgadzamy się w tych najważniejszych kwestiach, mamy szansę na przyszłość.
Potrafi być idealny. Potrafi mówić to co chciałbym usłyszeć. Potrafi sprawić, że miękną mi kolana. Potrafi sprawić, że czuję się najważniejsza i kochana. Potrafi sprawić, że mimo wszystko i wbrew wszystkiemu go kocham. Buduje we mnie tak silne uczucie, któremu sama nie potrafię się sprzeciwić. Rozumiem, że go kocham.
Wtedy zawsze, nagle i zupełnie niespodziewanie, dostaje po twarzy jego obojętnością. I znów na nowo rodzą się we mnie wątpliwości. Tysiące okropnych wątpliwości, przez które nie mogę być wystarczająco dobra dla Niego.
Niby mam kogoś kto mnie kocha a tak często czuję się pozostawiona kompletnie sama.

''I po co próbujesz ocierać moją łzę, przecież dobrze wiesz że znowu spowodujesz by pojawiła się nowa?''

 

 
Demetria Devonne Lovato - światowej sławy piosenkarka o fenomenalnym i niepowtarzalnym głosie, aktorka, kompozytorka, autorka tekstów, muzyk. Do tej pory ma na swoim koncie cztery albumy, każdy z nich odniósł ogromy sukces. Zagrała między innymi w ''Barney i przyjaciele'', ''Gdy zadzwoni dzwonek'', ''Camp Rock'', ''Camp Rock 2: Wielki Finał'', ''Program ochrony księżniczek'', ''Słoneczna Sonny'', ''Glee''. Po za tym zasiadała w panelu jurorskim podczas drugiego i trzeciego sezonu w amerykańskiej edycji X Factor.

Demi Lovato jest dla mnie nie tylko niezwykle utalentowaną, młodą kobietą z okładek kolorowych magazynów. Jest przede wszystkim idolką i przyjaciółką, która mimo tak młodego wieku, zdążyła doświadczyć w swoim życiu naprawdę wiele.
Nie trudno wyobrazić sobie jak ciężko żyć, czując na sobie oczy całego świata. Jak ciężko dorastać i radzić sobie ze wszelkimi problemami z świadomością, że jest się przykładem dla milionów młodych ludzi. Demi na pewno było bardzo ciężko. I była w stanie się do tego przyznać.
Zawsze była w tym samym stopniu człowiekiem, co każdy z jej fanów. Zmagała się z tymi samymi problemami co niejedna nastolatka. Brak akceptacji samej siebie, odrzucenie przez rówieśników. Nieraz zasypiała zalana łzami, poddawała się, traciła wiarę. My Lovatics cały czas czujnie się jej przyglądaliśmy, widzieliśmy dokąd ją to zaprowadziło. Widzieliśmy jak upada.
Trafiła na odwyk, a my płakaliśmy razem z nią i modliliśmy się aby wróciła do zdrowia. W końcu wyszła. Pełna siły i nadziei, by stanąć do walki o samą siebie. I wtedy powiedziała ''Stay Strong''...
Od tamtej pory, powtarza mi to za każdym razem, kiedy to ja upadam. Przypominam sobie wtedy, że nawet tak wielki człowiek jak Demi Lovato miewa słabe strony, pomimo swoich doskonałości. Pokazała jak należy się podnieść, otrzepać i ruszyć dalej. Do końca życia będę jej niezmiernie wdzięczna, że właśnie tymi dwoma, mogłoby się wydawać zwykłymi, słowami ''pozostań silna'' ocaliła wiele istnień. W tym także moje.

W swojej książce Demi zawiera zgromadzone przez siebie cytaty i myśli na każdy dzień. Uwielbiam wieczorem, po ciężkim dniu usiąść w łóżku z kubkiem ulubionej herbaty w ręce i przeczytać kilka stron. Nie ważne czy był to wspaniały czy beznadziejny dzień. Za każdym razem działa tak samo. W niezrozumiały dla mnie sposób napełnia mnie dziwną pozytywnością i energią. Mobilizuje, podsuwa pomysły, a w głowie słyszę cichy szept Demi: Stay Strong.

Demi Lovato nauczyła mnie nie tylko jak się nie poddawać, jak każdego dnia starać się pokochać samą siebie, ale przede wszystkim jak pozostać silną przez 365 dni w roku.
I właśnie o tym jest ta książka.
Zdecydowania moja ulubiona. Duma na półce!
Gorąco polecam!

  • awatar Ronnie5: @Agatsi: Kupiłam ją zaraz następnego dnia po premierze. Powiem tylko tyle: było naprawdę warto :)
  • awatar Agatsi: miałam kupić tę książkę pare miesięcy temu :) jest podobno genialna :) zapraszam do obserwowania mojego bloga :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Mówią, że początki są trudne. Mówią to jako nadzieję, że później będzie łatwiej. Ale nigdy nie jest. A końce? Jakie są końce? Smutne? Przykre? Zabawne? Głupie? Jakie? Bo na pewno nie łatwe. Są trudne, tak samo jak i początki. A może nawet trudniejsze, bo coś co się kończy pochłonęło mój czas, którego już nigdy nie odzyskam. Pochłonęło wiele różnorodnych emocji, uczuć, przeżyć. Pochłonęło mnie całą razem z moim sercem. Początek nie zabiera nic, bo jest tylko początkiem. Początkiem darów i poświęceń. Początkiem ogromnego ryzyka, od kiedy to można w każdej chwili tak wiele stracić. Bo nadejdzie koniec. Będzie trwał długo. Będzie zabierał wszystko po kolei. Będzie bezwzględny. Czasami nieodwracalny. Odciśnie ślady. Zada rany. Zostawi blizny. Nie odejdzie. Zostanie. Początek trwa tylko na początku, koniec jest wieczny, o ile coś nie zacznie się na nowo. A mówią, że to początki są trudne. Owszem. Za to końce bolesne.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Do tej pory było źle, nie odzywaliśmy się do siebie. To była moja wina, bo znowu wszystko zepsułam. Miał mi to za złe i pewnie nadal ma. Nie dziwię się.
Dziś w końcu się spotkamy. Zauważyłam, że trochę stresuję się tym spotkaniem, choć może nie powinnam. Przecież to mój chłopak. Ale boję się co z tego wyjdzie. Chciałbym żeby było dobrze, tak jak na samym początku, bo nasze kontakty są ostatnio takie ''chłodne''. Brakuje mi czegoś. Źle się z tym czuję.
Wszystko mnie przytłacza, przerasta. Staram się uparcie walczyć z każdym kolejnym wyzwaniem, ale chwilami nie mam po prostu sił. Tak bardzo chciałabym się zatrzymać. Odpocząć. Zwolnić trochę. Kompletnie nic nie robić. Ponudzić się. Ale na takie rzeczy nie mam aktualnie czasu. Niestety.
Teraz chcę po prostu Go przytulić. Zapomnieć o tym wszystkim i poczuć że nie jestem sama, być przez chwilę naprawdę szczęśliwa.
 

 
~Farba ''Zagubiony książę''

Przegrałam. Znowu to zrobiłam. Znowu się cięłam. Złamałam obietnicę złożoną samej sobie - ''nigdy więcej''. A było już tak dobrze. Może nie idealnie, ale bardzo dobrze. Co znowu poszło nie tak? Co przegapiłam? Gdzie popełniłam błąd? Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się być cudownie. W dodatku mogło być tylko lepiej. A teraz? Po prawie dwóch latach spokoju znowu do tego wróciłam. Na razie nie jestem na siebie zła, ale to się zmieni. I niestety wiem, że teraz będę wracać do tego częściej, tak jak te dwa lata temu.
Czułam się taka silna, myśląc, że już tego nie robię, że znalazłam sposób radzenia sobie z przytłaczającymi problemami. Powtarzałam ''Stay Strong'' za każdym razem. Jednak w końcu wszystko szlag trafił. Szkoła, za dużo nauki, za mało snu, nie przespane noce, natłok męczących myśli, koszmary, te ważne decyzje, na które nie jestem gotowa. Łzy w oczach po przebudzeniu, bo zaczyna się kolejny dzień. Wszyscy czegoś ode mnie wymagają. W dodatku siedzę w tym sama. Jak się okazało jestem też beznadziejną przyjaciółka i dziewczyną. Nikomu nie potrzebna, tylko przeszkadzam. Wszystko zawsze spieprzę.
Mój ostry przyjaciel leżał tam gdzie zawsze. W najgorszej chwili był przy mnie. Po prostu się nie powstrzymałam. To tylko drobne czerwone ślady. Przecież znikną.
 

 
Nie wiem co czuję ani co powinnam czuć. Znowu. Czy to znowu moja wina? Nie rozumiem, jak można się cały czas starać, jak może bardzo zależeć, a mimo to nadal wszystko się chrzani. Dlaczego? Może to ja nie jestem gotowa na miłość?


Zapraszam na mojego bloga. W tym tygodniu nowy rozdział
http://catch-up-the-dreams.blogspot.com/

 

 
~Janusz Leon Wiśniewski – Zbliżenia

W ciągu całego życia spotyka się tak wielu ludzi. Jedni zaledwie przechodzą obok, inni zatrzymują się na jakiś czas, ale są i tacy, którzy zostają na zawsze. Nigdy nie ma pewności kto odejdzie, a kto zostanie pomimo wszystko. Trzeba ufać chyba trochę na ślepo. Czasami mamy rację, czasami się mylimy. A gdy się mylimy i coś co było tak ważne, wydawało się być stałe, nieodwracalne, nagle się urywa? To boli. Nawet bardzo. Być zupełnie dalekim dla kogoś kto wydawał się zawsze być blisko. Żyć zupełnie zwyczajnym życiem, jakby nigdy się nie znając. Zapominając nagle o całym zaangażowaniu, trosce, staraniach, pomocy, wsparciu, o tym wszystkim co kiedykolwiek zrobiło się dla przyjaciela.
Tak ciężko mi uwierzyć w to, że nie docenia tego co robiłam. Chciałabym walczyć o tą przyjaźń, ale czy warto. Skoro druga osoba wygląda jakby jej nie zależało.
  • awatar msKaszmir: to jest bolesne, ale Ci prawdziwi pozostają na zawsze<3
  • awatar margarita93: Dziekuje ci za mily komentarz :) 16 lat to moze nie duzo ale powiem ci calkiem szczerze, ze ja wcale nie czuje sie jakis mega bardziej dorosla... w tym sensie ze nie uwazam zebym przez te 5 lat sie zmienila... wydoroslala. Nic z tych rzeczy. I tez nie wiem co z moja przyszloscia :) niby czlowiek jest powazny a po dwoch latach mysli zeby radykalnie zmienic kierunek studiow... masakra. A z utrata przyjaciela trzeba sie pogodzic, tymbardziej gdy nie docenia tej przyjazni. Znam to :) po czasie okazuje sie zawsze ze to nie byla przyjazn. Pozdrawiam :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
- Alan Alexander Milne, ''Kubuś Puchatek''

Prawdziwa przyjaźń nie zna czasu ani odległości. Jeśli ktoś jest Twoim przyjacielem, to nawet gdy będzie bardzo daleko, Ty będziesz czuł jego bliskość, miłość, troskę, wsparcie. Będziesz wiedział, że sercem jest przy Tobie, że razem z Tobą się cieszy i płacze. Przyjaźń to nie kwestia dobrych rad czy wspólnych imprez. To bardzo głębokie uczucie, wiara, świadomość, że choć może daleko, to jednak gdzieś tam jest właśnie dla Ciebie. I tęskni, kocha. Bywa trudna, ale zawsze jest. Nigdy tak naprawdę nie odchodzi. Prawdziwa i na całe życie istnieje. Jest wtedy gdy przyjaciele być może nie poświęcają sobie już tyle czasu co kiedyś, ale na zawsze wzajemnie zajmują ważne miejsca w swoich sercach.
 

 
Tak, teraz jestem wojownikiem. Walczę o swoje szczęście. Przegrałam już nie jedną bitwę, poległam tak wiele razy i na pewno jeszcze się to powtórzy. Ale nie, nie poddam się. Choć czasami może faktycznie wydaje się to najprostszym sposobem na wyjście z sytuacji to przecież są rzeczy o które warto walczyć do samego końca, między innymi walka o siebie. Wiem, że jeszcze wiele razy znajdę się na dnie, będę czuła się samotna, opuszczona, przegrana, bezsilna. Zgubię sens życia, ale starając się go odnaleźć pomyślę: ''Upadać i podnosić się silniejszym. Sięgać dna, po to aby się od niego odbić. Walczyć - to chyba sens życia''
I nie poddam się. Będę silna. Będę swoim wojownikiem!
 

 
Pewnego dnia w końcu przestanę oglądać się za siebie, ruszę do przodu...
Pewnego dnia wybaczę ludziom, którzy mnie zranili, dzięki nim stanę się silniejsza...
Pewnego dnia zapomnę o wszystkim co straciłam, zacznę znowu wygrywać...
Pewnego dnia pokocham siebie, będę po prostu cholernie szczęśliwa...
Pewnego dnia, ale jeszcze nie dzisiaj.
 

 
Czasami zastanawiam się czy to wszystko ma jakiś sens. To uśmiechanie się, bo inni się uśmiechają, choć tak naprawdę chce mi się płakać. To powtarzanie, że wszystko jest w porządku aby nie pokazać innym jak bardzo jestem słaba, choć głęboko w środku wołam o pomoc. Może lepiej byłoby wykrzyczeć co czuję, wyrzucić z siebie wszystko? Ale czy to by coś zmieniło? Tak więc nadal będę się uśmiechać, bo inni się uśmiechają i nadal będę wmawiać sama sobie, że ''przecież wszystko jest w porządku''...
 

 
Za każdym razem, gdy zostaję sama siadam na łóżku i myślę. Tak, znowu mi nie wyszło. Znowu się poddałam, bo znowu zabrakło mi siły... Pewnie dlatego, że już zbyt długo byłam silna, albo raczej zbyt długo próbowałam być....
 

 
Czasami wolę milczeć. A może nie tyle wolę, co boję się powiedzieć zbyt wiele. Tyle razy przecież chcąc dobrze, starając się tylko wyrazić to co czuje w środku, nie ukrywać tego, nie udawać, tyle razy zepsułam sprawę. Powiedziałam za dużo. I gdy się tak zastanawiam, myślę, że wolę milczeć. Taka już jestem. Nie potrafię krzyczeć, a jak już to tylko wewnętrznie. Nienawidzę ranić innych ludzi, czuję się tak jakbym raniła siebie. Wolę słuchać, nie mówić. Bo czasami, a może nawet częściej mam wrażenie, że na świecie nie istnieje ani jeden człowiek, który potrafi mnie zrozumieć.